LISTY Z TECZKI #9
Zapraszamy serdecznie do odsłuchania i lektury Listów z teczki Czesi
Drogi Przyjacielu,
w poprzednim liście szliśmy tropem legendy o początku Mieściska. Zatrzymaliśmy się przy nazwie miejsca, która – jak stara studnia – potrafi przemówić dopiero wtedy, gdy człowiek pochyli się nad nią uważnie i odgarnie z niej mech zapomnienia.
Dziś również pochylimy się nad pamięcią. Ale tym razem nie nad bajką ani legendą, lecz nad prawdziwą historią rodziny, przez którą przeszły wichry polskich dziejów. To opowieść o ludziach wyrwanych z własnego domu, z krajobrazu, który nosi się potem w sobie już do końca życia. Po wojennych cierpieniach los przyprowadził ich na mieściską ziemię, ale zanim to się stało, musieli przejść drogę tak trudną, że mogłaby stać się scenariuszem poruszającego filmu.
Mam dla Ciebie opowieść, która potrzebuje kogoś, kto zechce ją, oprócz mnie samej, podtrzymać.
Zapraszam; przenieśmy się na Kresy.
Kresy są jak księga, w której natura, człowiek i czas zapisywali swoje znaki. Były przestrzenią piękną i bolesną zarazem. Dla jednych oznaczały dom rodzinny, pola, sady, kościół, zapach chleba i ścieżkę do szkoły. Dla innych – miejsce utracone, wspominane przez całe życie z czułością, ale też z bólem, którego nie da się łatwo wypowiedzieć.
Adam Mickiewicz w Panu Tadeuszu pisał:
„Tymczasem przenoś moją duszę utęsknioną
Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych…”
To słowa emigranta, który prosił o duchowy powrót do krainy młodości. I może właśnie dlatego tak mocno poruszają tych, którzy utracili swój dom nie z własnej woli. Piękno miejsca najpełniej rozumie się czasem dopiero wtedy, gdy zostaje ono odebrane.
Słowo „Kresy” do dziś budzi silne wzruszenia. Niesie w sobie wspomnienia rodzinne, obrazy zwykłego życia, ale także pamięć wielkich i tragicznych zdarzeń. Trzeba wypowiadać je ostrożnie. Z szacunkiem dla tych, którzy tam żyli, cierpieli, kochali, pracowali i musieli odejść.
Na przedwojennym Podolu, w południowo-wschodniej części dawnej Rzeczypospolitej, znajdowała się kolonia osadników z parcelacji Kościuszkówka. Był to powiat Czortków, województwo tarnopolskie. Tam właśnie mieszkała rodzina Szkolnickich.
To tam, 30 listopada 1931 roku, urodziła się Stefania Żołyńska, z domu Szkolnicka. Jej rodzicami byli Jan i Maria Szkolniccy. Maria pochodziła z domu Lachowicz. Rodzina prowadziła dziesięciohektarowe gospodarstwo rolne. Dziesięć hektarów to może niewiele w wielkiej historii, ale w życiu rodziny to był cały świat: praca, chleb, rytm pór roku, troska o ziemię, zwierzęta i dzieci.
A potem przyszedł rok 1939.
W sierpniu Jan Szkolnicki został wcielony do wojska. Walczył w kampanii wrześniowej pod Końskiem, w województwie kieleckim. Dla jego rodziny oznaczało to początek rozłąki, której długości nikt wtedy nie mógł przewidzieć. Jan dostał się do niewoli niemieckiej i został osadzony w obozie w okolicach Magdeburga. Później, aż do końca wojny, pracował na roli u niemieckiego obszarnika w miejscowości Altengrabow.
Zajmował się końmi i spał między nimi. Jego najczęstszym posiłkiem była zupa ze skwarków. Gdy ciężko zachorował na nerki, sytuacja stała się dramatyczna. Rodzinna pamięć przechowała szczegół niezwykły: uratować miało go spanie z plecami przyciśniętymi do ciała konia. Ciepło zwierzęcia pomogło mu przetrwać najgorszy czas. Potem, gdy znów zaczął wychodzić w pole, ratował się surowymi zielonymi warzywami i ziołami.
Tak trwało sześć lat.
Tymczasem na Podolu życie Marii i dzieci stawało się coraz bardziej niepewne. Jan, będąc w niewoli, wysłał do rodziny kartkę z wiadomością, że żyje. Dla bliskich musiała być ona pociechą, dowodem, że mąż i ojciec nie zginął. Ale później rodzina oceniła, że właśnie ta kartka stała się bezpośrednim pretekstem do wpisania Marii i dzieci na listę deportacyjną. Miejscowi mieli wykorzystać ją jako oskarżenie, twierdząc, że Jan uciekł do Niemiec i z nimi współpracuje.
Pani Stefania wspominała, że już od września 1939 roku dało się zauważyć zmianę w zachowaniu części ludności. Ludzie wyjeżdżali gdzieś, spotykali się w większych grupach, panowało dziwne ożywienie i poczucie skrytych przygotowań. Z czasem narastała agresja i wrogość wobec Polaków.
Pod koniec września 1939 roku grupa rabusiów napadła na gospodarstwo Szkolnickich. Zabrano cały żywy inwentarz i sprzęt gospodarczy. To, co przez lata stanowiło podstawę utrzymania rodziny, zniknęło. Po tym wydarzeniu Maria z dziećmi nie nocowała już we własnym domu. Strach był zbyt wielki. Chronili się u babci.
A potem nadszedł poranek, który rozdzielił ich życie na „przed” i „po”.
Był 10 lutego 1940 roku. Nad ranem pod domem pojawili się wojskowi i cywile na koniach. Mieli w rękach bagnety. Pytali o Szkolnickich. Mróz dochodził do czterdziestu stopni poniżej zera. Dziewięcioletnia Stefania, jej siedmioletni brat Staś i ich matka Maria usłyszeli jedynie, że zostaną przesiedleni. Nikt nie powiedział dokąd. Nikt nie powiedział na jak długo.
Wsadzono ich na sanie.
Gdy podjechali pod własny dom, Maria zdołała zabrać tylko to, co najpilniejsze: pierzynę, poduszki, dużą chustę do owinięcia dzieci, trochę odzieży, chleb i słoik smalcu. Stefania bardzo chciała wziąć swoją szkolną torbę z książkami i zeszytami. Dziecko w chwili katastrofy myśli o szkole, o książkach, o tym, co było częścią normalnego życia. Ale bała się wejść do pokoju, bo w domu byli uzbrojeni mężczyźni.
Zrezygnowała.
I tak, z tym skromnym dobytkiem, ruszyli w najdłuższą i najokrutniejszą podróż swojego życia.
Nie wiedzieli, co ich czeka.
Saniami, w siarczystym mrozie, pod eskortą ludzi z bagnetami, przywieziono ich na stację kolejową Biała Czortkowska. Zwożono tam polskie rodziny z okolicznych miejscowości. Było też kilka rodzin ukraińskich skazanych na deportację. Na stacji kazano ludziom zajmować kolejne bydlęce wagony, tylko prowizorycznie przystosowane do przewozu osób.
W wagonach panował przejmujący chłód. Włosy przymarzały do ścian. Szczeliny zatykano własną odzieżą, bo każdy podmuch mroźnego powietrza był jak nóż. Potrzeby fizjologiczne załatwiano do otworu wyciętego pośrodku podłogi. Nieczystości natychmiast zamarzały, a nie było czym ich odrąbać. Smród i zaduch stawały się nie do zniesienia.
Pani Stefania wspominała, że najpierw jedli zabrany z domu chleb. Później otrzymywali przydziałową pajdę ze smalcem. Raz dziennie dostawali gorącą wodę, donoszoną wiadrami do wagonów. Po kilku dniach zaczęto wydawać także raz dziennie wodnistą zupę.
Tak wyglądała podróż w nieznane.
W czasie drogi, już na terenie Związku Sowieckiego, Stefania i Staś ciężko zachorowali. Maria zgłosiła to komendantowi pociągu. Kiedy transport dotarł do stacji Gorki, całą trójkę zabrano do szpitala zakaźnego. U dzieci stwierdzono szkarlatynę.
W szpitalu spędzili sześć tygodni. Byli tam razem ze swoim mizernym bagażem – jak mówiła pani Stefania, z jednym „tłumoczkiem”, czyli tobołkiem. Reszta rzeczy, które zabrali z domu, odjechała dalej razem z pociągiem. To, co miało być ratunkiem na zesłaniu, przepadło.
W tej ciężkiej sytuacji spotkali jednak człowieka dobrego. Zaopiekował się nimi lekarz – rosyjski Żyd polskiego pochodzenia. Pomagał rodzinie, gdy byli chorzy, osłabieni i całkowicie zdani na cudzą łaskę. W takich historiach, Przyjacielu, dobro pojawia się nieraz jak mały płomień w wielkim mrozie. Nie usuwa ciemności, ale pozwala przetrwać noc.
Po wyjściu ze szpitala Marię z dziećmi ponownie przejęło NKWD. Zapytano ich, dokąd chcą jechać.
Maria odpowiedziała bez wahania:
– Do Polski.
Usłyszała krótkie:
– Nie wolno.
Te dwa słowa zamknęły przed nimi drogę powrotu. Pod bronią, w eskorcie żołnierzy, odprowadzono ich na najbliższą stację, by wysłać dalej, na miejsce zesłania. Jechali pociągiem towarowo-osobowym, potem samochodem ciężarowym, a na końcu saniami.
Wreszcie dotarli do celu: Kirionowo, rejon Jurła, obwód mołotowski, dzisiejszy Perm.
To było miejsce ich przeznaczenia.
Syberia.
Spróbujmy zatrzymać się tu na chwilę, Przyjacielu. Wyobraź sobie Marię: bez męża, z dwojgiem dzieci, po chorobie, po utracie domu, dobytku i rodzinnej ziemi. Wyobraź sobie dziewięcioletnią Stefanię, która jeszcze niedawno chciała zabrać szkolną torbę, a teraz stała gdzieś daleko, w obcym świecie, wśród śniegu, mrozu i ludzi mówiących innym językiem.
Wyobraź sobie Stasia, siedmioletniego chłopca, dla którego dzieciństwo nagle zamieniło się w transport, szpital, eskortę i strach.
Nie każdy dramat historii przychodzi w huku wielkich bitew. Czasem przychodzi nad ranem, saniami, przy czterdziestostopniowym mrozie.
Czasem ma twarz żołnierza z bagnetem.
I tu dziś przerwę tę opowieść.
Zostawimy rodzinę Szkolnickich w Kirionowie, na syberyjskim zesłaniu, u progu życia, którego nie wybrali. Przed nimi były głód, praca, tęsknota, walka o przetrwanie i pytanie, które musiało powracać każdego dnia: czy jeszcze kiedyś zobaczą dom?
