LISTY Z TECZKI #6
Zapraszamy serdecznie do odsłuchania i lektury Listów z teczki Czesi
Drogi Przyjacielu,
ostatnim razem zostawiliśmy Małgosię przy starej, zapomnianej studni. Siedziała tam zmęczona drogą, opuszczona przez dom, skrzywdzona przez macochę i niepewna, dokąd ma iść dalej.
A wtedy, pamiętasz, usłyszała głos:
— Stara już jestem, obrośnięta mchem i chwastem, nikt już o mnie nie dba…
Była to cicha prośba kogoś, kto od dawna czekał, aż jedna dobra dusza zatrzyma się choć na chwilę. Małgosia mogła przecież pójść dalej. Była głodna, zmęczona, samotna. Miała prawo myśleć tylko o sobie. Ale bajki nie po to opowiadają o biednych dzieciach, by uczyć je twardości serca. Bajki przypominają, że nawet wtedy, gdy człowiek sam niewiele posiada, może jeszcze komuś pomóc.
Dziewczynka wstała więc z kamienia. Zręcznie i szybko usunęła mech ze ścian studni, wyrwała chwasty, które ją okalały, oczyściła miejsce zaniedbane i opuszczone. A studnia odwdzięczyła się tak, jak tylko studnia może: poczęstowała ją wodą chłodną, czystą, źródlaną. Małgosia napiła się, odzyskała siły i poszła dalej.
Droga wiodła ją przez pola i miedze. Tam spotkała starą jabłonkę. Drzewo rosło samotnie, zaniedbane, z suchymi gałęziami i chwastami wokół pnia. Ono również poprosiło dziewczynkę o pomoc. Małgosia nie ominęła go obojętnie. Oczyściła jabłonkę, odłamała suche gałęzie, wyrwała zielsko. W nagrodę otrzymała jabłka — słodkie, rumiane, pachnące słońcem i latem.
Potem, już na łące, zobaczyła starą krowę. Stała samotna, opuszczona, także jakby zapomniana przez świat. Małgosia oporządziła ją skrzętnie i z troską. Za tę pracę dostała kromkę pachnącego chleba, grubo posmarowanego masłem, a do tego świeżego mleka do napicia. Zobacz, Przyjacielu, jak ta opowieść prowadzi dziewczynkę od daru do daru. Najpierw woda, potem owoce, potem chleb, masło i mleko. Wszystko proste, zwyczajne,
a jednak w drodze opuszczonego dziecka cenniejsze niż złoto.
Pod wieczór Małgosia dotarła do niewielkiej, biednej chatynki stojącej na skraju lasu. Mieszkała tam samotna, zgarbiona staruszka. Dziewczynka opowiedziała jej swoją historię, ale nie poprzestała na żalach. Narąbała drewna, pomogła przed kolacją upiec placki ziemniaczane i posypała je odrobiną cukru. Staruszka bardzo ją polubiła. Pozwoliła jej zostać na noc, a rano, gdy Małgosia była już wypoczęta, nakazała jej wracać prosto do domu.
Dała jej przy tym mały drewniany kuferek.
— Otworzysz go dopiero na miejscu — powiedziała — i tylko w obecności swojego taty.
Małgosia posłuchała. Wróciła do domu, a gdy ojciec się zjawił, otworzyli kuferek razem. Był po brzegi wypełniony złotymi monetami. Było ich tyle, że można by za nie kupić albo nawet wybudować nowy dom.
Lecz tam, gdzie pojawia się dobro, chciwość często natychmiast podnosi głowę.
Zła macocha zabrała kuferek z monetami, schowała go do swojego wielkiego kufra, zamknęła na kłódkę i nikomu nie pozwoliła się do niego zbliżać. Potem zaczęła wypytywać Małgosię o całą drogę: dokąd poszła, kogo spotkała, co zrobiła, gdzie nocowała i od kogo dostała skarb. Dziewczynka, ufna i szczera, wszystko opowiedziała.
Wieczorem, gdy wszyscy spali, macocha wezwała swoją córkę. Dokładnie opisała jej drogę Małgosi i nakazała pójść tym samym szlakiem. Ale nie po jeden kuferek. Po dwa.
Rano córka macochy wyruszyła, pięknie ubrana, wystrojona, uważając pilnie, by nie zabrudzić nowego fartuszka. I właśnie dlatego, gdy spotkała starą studnię, odmówiła pomocy. Nie chciała dotykać mchu ani chwastów. Gdy spotkała zaniedbaną jabłonkę, także nie kiwnęła palcem. Nie będzie przecież brudzić rąk suchymi gałęziami. Kiedy zobaczyła starą krowę, również ją ominęła. A gdy dotarła do chatynki dobrej staruszki, nie pomogła ani przy drewnie, ani przy kolacji.
Staruszka mimo to dała jej nocleg. Rano nakarmiła ją i wręczyła kuferek — jeden, ale większy. Poleciła otworzyć go dopiero w domu, gdy dziewczyna będzie sama z matką.
Tak też się stało.
Gdy macocha i jej córka otworzyły kuferek, nie znalazły w nim złota. Wypełzły z niego żmije i węże. Zaczęły gonić obie kobiety najpierw po izbach domu, potem po podwórzu, potem coraz dalej i dalej, aż do granic Mieściska. A potem ślad po macosze i jej córce zaginął.
Tak kończyła się ta bajka w jednej z łagodniejszych wersji. Bywały podobno i inne zakończenia, bardziej drastyczne, zależne od temperamentu osoby opowiadającej. Bo przecież każda bajka, choć ma swój rdzeń, wędruje od ust do ust i po drodze zmienia barwę. Jedna ciotka opowie ją straszniej, druga mama łagodniej, babcia dopowie morał, a dziecko zapamięta przede wszystkim żmije, złoto albo smak placków ziemniaczanych z cukrem.
Według pani Katarzyny z Mieściska takie bajki opowiadały dzieciom matki albo ciotki. Z jakiegoś powodu nigdy ojcowie. Dlaczego? Tego pani Katarzyna nie wyjaśniała. Może ojcowie mieli inne opowieści. Może ich historie zaczynały się nie przy studni i jabłonce, lecz przy mapie, szkole, kościelnej księdze albo dawnym grodzie.
I tu, Przyjacielu, wypada przejść od bajki do legendy.
Bo w Mieścisku opowiadano nie tylko o Małgosi, macosze i zaczarowanym kuferku. Opowiadano także o samym początku miejscowości. Jedną z takich historii przekazywał Bolesław Przyborski, nauczyciel historii w mieściskiej szkole. Był wnukiem nauczyciela Wojciecha Henrykowskiego, który w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XIX wieku uczył w szkole elementarnej w Łeknie. W starych księgach kościelnych w Łeknie Przyborski miał odnaleźć ślad legendy o pochodzeniu nazwy Mieścisko, zapisanej także w księgach gnieźnieńskich.
Lekcje historii prowadził oczywiście zgodnie z programem obowiązującym w państwie pruskim. Ale jak każdy dobry nauczyciel wiedział, że sama data i nazwisko nie wystarczą, by rozpalić wyobraźnię uczniów. Dlatego ubarwiał swoje lekcje legendami związanymi z dawną Wielkopolską. Jedna z nich dotyczyła właśnie Mieściska.
Posłuchaj.
Dawno, dawno temu, na miejscu dawnego dworku starosty mieściskiego przy ulicy Kościelnej, miał gospodarować kmieć. Nazywano go różnie: Chościsko, Chrościsko, Krościsko, a może jeszcze inaczej, bo dawne imiona zmieniały się w ustach opowiadających. Ten kmieć wychowywał syna Piasta na silnego i mądrego przywódcę okolicznej braci.
Dowiedział się o tym Popiel, panujący wówczas na zamku w Kruszwicy.
Czy słyszysz, Przyjacielu, jak ta opowieść nagle dotyka tej większej, dobrze znanej legendy? Tej o Piaście, Popielu, Kruszwicy i myszach? Jakby Mieścisko, ciche i własne, chciało wpisać się w sam początek polskich podań.
Popiel zaczął podobno rozmyślać, jak usunąć Piasta ze swego królestwa. Ale jego plany pokrzyżowały myszy zamkowe. Nękane przez sprowadzone do zamku koty, postanowiły zemścić się na królu i pewnej nocy zjadły go — jak mawiano — z butami.
Tymczasem Piastowi urodził się syn Siemowit. Ten wkrótce miał zamieszkać na zamku gdzieś między Mieściskiem a Kruszwicą, sprowadzając do siebie ojca. Potem, zgodnie z legendarnym porządkiem rodu, przyszli kolejni potomkowie: Lestek, Siemomysł i wreszcie Mieszko. Gdy Mieszko dorósł, został księciem i pod imieniem Mieszka I zapisał się w dziejach.
Po latach Mieszko miał sięgnąć pamięcią do początków swego rodu. Miejsce, z którego miał wywodzić się jego praprzodek, postanowił upamiętnić na zawsze. Tam, gdzie znajdowała się zagroda kmiecia Chościska, polecił lokować nowe miasto. Leżało ono na wzgórzu między rzeką Wełną a jej dopływem, Kałdonówką.
I nazwano je Nowym Mieściskiem.
Legenda tłumaczyła tę nazwę pięknie i po swojemu. Mieszko miał zawrzeć w niej cząstkę samego siebie oraz cząstkę imienia swego przodka: początek własnego imienia i końcówkę imienia Chościska. Tak powstać miała nazwa, która z czasem zgubiła słowo „Nowe” i stała się po prostu Mieściskiem.
Syn Mieszka, Bolesław, miał później podnieść tę miejscowość do rangi miasta królewskiego. Odtąd kolejni królowie byli właścicielami Nowego Mieściska, a w ich imieniu zarządzali nim starostowie z pałacu przy ulicy Starościańskiej.
Tak mówi legenda.
Czy tak właśnie było? Historia urzędowa zapewne pytałaby o dokumenty, daty, pieczęcie i przywileje. Legenda pyta o coś innego: skąd ludzie chcieli być? Do jakiego początku pragnęli się przyznać? Jak wysoko sięgała ich wyobraźnia, kiedy mówili o własnej miejscowości?
I może właśnie dlatego po bajce o Małgosi przychodzi opowieść o Mieścisku. W bajce dobre serce dziewczynki zostaje nagrodzone złotem. W legendzie pamięć o miejscu zostaje nagrodzona imieniem, które ma przetrwać wieki.
A imię miejsca, Przyjacielu, jest jak stara studnia. Można przechodzić obok niego codziennie i nie słyszeć nic. Ale wystarczy zatrzymać się na chwilę, odgarnąć mech, wyrwać chwasty zapomnienia — a wtedy z głębi zaczyna do nas mówić woda.
W następnym liście pójdziemy dalej tym śladem. Bo skoro Mieścisko ma swoje bajki, swoje strzygi, swoje studnie i swoje królewskie początki, to z pewnością ma także kolejne historie, które czekają, aż ktoś znów nachyli się nad nimi uważnie.
Posłuchaj:
