LISTY Z TECZKI #10
Zapraszamy serdecznie do odsłuchania i lektury Listów z teczki Czesi
Drogi Przyjacielu,
w poprzednim liście zostawiliśmy Marię Szkolnicką i jej dzieci – Stefanię oraz małego Stasia – w Kirionowie, w rejonie Jurła, na dalekiej Syberii. Dotarli tam po drodze, której nikt nie powinien przeżyć: przez mróz, bydlęce wagony, chorobę, szpital zakaźny, utratę resztek dobytku i bezlitosne słowa: „Nie wolno”, wypowiedziane wtedy, gdy Maria powiedziała, że chce wrócić do Polski.
Dziś musimy wejść razem z nimi głębiej; nie tylko w tajgę, ale i w samo doświadczenie zesłania. To będzie list trudny, Przyjacielu. Taki, przy którym nie wypada się spieszyć. Bo są historie, które trzeba nieść ostrożnie, jak zapaloną świecę w dłoniach.
Na miejscu zesłania, w głębi tajgi, stały dwa drewniane baraki. Były stare, pozostałe jeszcze po zesłańcach z czasów sprzed pierwszej wojny światowej. Wokół nie było żadnych innych zabudowań. Tylko gęsty las. Tajga; ogromna, zimna. Człowiek musiał się tam czuć tak, jakby został wyrzucony poza znany świat.
Baraki były już zajęte przez inne polskie rodziny, przeważnie z powiatu przeworskiego, z dawnego województwa lwowskiego. Przebywały tam również rodziny żydowskie. W jednym baraku, który stanowił właściwie jedno wielkie pomieszczenie, gnieździły się dwadzieścia dwie rodziny. Spano na pryczach, po dwie albo trzy osoby. Ogrzewano budynek dwoma piecami, a przy wyjściach dzień i noc stali uzbrojeni strażnicy.
Jakby sama niewola nie była wystarczającym cierpieniem, ludziom dokuczały jeszcze pluskwy. Gnieździły się w pryczach i w mchu, którym uszczelniano ściany. Gryzły tak potwornie, że nie pozwalały spać. Noc, która powinna dawać choć odrobinę odpoczynku, stawała się kolejną torturą. Jedynym światłem w baraku było własnoręcznie robione łuczywo.
Mama Stefanii, tak jak inni dorośli, pracowała w lesie przy wycince drzew. Aby otrzymać rację sześciuset gramów chleba, musiała wyrobić narzuconą normę. O świcie ruszała pieszo do pracy. Dwanaście kilometrów w jedną stronę. Dwanaście kilometrów przez tajgę, przez zimno, śnieg, błoto, zależnie od pory roku, a potem jeszcze katorżnicza praca przy drzewie.
Nie miała zegarka, więc musiała stale pilnować czasu po swojemu. Spóźnienie oznaczało obcięcie racji żywnościowej. A tam obcięta racja nie była karą symboliczną. Mogła oznaczać głód jeszcze większy niż zwykle, słabość, chorobę, a czasem śmierć.
Drewno ścinane przez zesłańców zwożono na brzeg rzeki końmi albo ciężarówkami napędzanymi drewnem brzozowym. Praca trwała, dzień po dniu, a jednak zarobki były mizerne. Roczne rozliczenia tak zwanych „trudodni” pokazywały gorzką prawdę: wszystko, co zdołano zarobić, zostało natychmiast przejedzone. Nie było zapasu. Nie było poprawy. Było tylko trwanie.
Latem dzieci zbierały w lesie grzyby, jagody i korę dzikiej maliny na herbatę. To, co w innym życiu mogłoby być dziecięcą wyprawą do lasu, tam stawało się walką o przetrwanie. Ludzie byli skrajnie wyczerpani głodem i niedożywieniem. Brakowało witamin, brakowało białka, brakowało niemal wszystkiego, co podtrzymuje człowieka przy zdrowiu.
Pojawiały się choroby. Kurza ślepota. Śnieżna ślepota. Dolegliwości wywołane zimnem, brudem i brakiem jakiejkolwiek higieny. Powszechny był ciężki świerzb, powodujący bolesne, sączące się rany. Opieka zdrowotna właściwie nie istniała.
W barakach umierały całe rodziny.
Śmierć stała się tam codziennością. Zmarli leżeli czasem w baraku albo obok niego przez kilka dni. Głód i ogólna apatia sprawiały, że ludzie obojętnieli nawet wobec tragedii innych.
Nie dlatego, że nie mieli serca. Raczej dlatego, że serce, codziennie wystawiane na ból ponad ludzką miarę, zaczynało kamienieć z bezradności. Każdy wiedział, że jutro może przyjść kolej na niego.
Strażnicy nie zawsze pozwalali nawet odmówić różaniec przy zmarłych.
Pomyśl, jak bardzo trzeba odebrać człowiekowi świat, by zabronić mu ostatniej modlitwy nad tym, kto odchodzi.
Polskie rodziny żyły i pracowały w Kirionowie do lata 1942 roku. Potem, po ogłoszeniu amnestii, ludzie zaczęli opuszczać miejsce katorgi na własną rękę. Nie było uroczystego wyjścia z niewoli, nie było powrotu przygotowanego przez dobre państwo, nie było troskliwych rąk czekających za bramą. Każdy musiał radzić sobie sam.
Maria zrobiła sanki powiązane łykiem. Zabrała dzieci i resztki dobytku. Razem z inną Polką, matką czworga dzieci, ruszyła w drogę. Przez kilka dni ciągnęły sanie przez wiele kilometrów, aż dotarły do kołchozu Griszyna ( Grishino). Tam dostały wspólną izbę w domku kołchozowym i zatrudnienie przy pracach polowych. Pracowały tam do jesieni 1942 roku.
Ale gdy przyszło roczne rozliczenie, znów okazało się marne. Znów wyszło na jaw, że ciężka praca nie daje żadnego prawdziwego oparcia. Wtedy obie kobiety postanowiły iść z dziećmi pieszo do miasteczka Kudymkar.
Tam znalazły pracę w zakładach ziemniaczanych. Robiły to, co umiały najlepiej i co przez los zostało im narzucone już wcześniej: cięły drewno na opał. Zakład produkował susz ziemniaczany oraz melasę, z której pieczono pierniki dla armii. Matce Stefanii udawało się czasem wynieść po kryjomu dwa albo trzy ziemniaki, niekiedy trochę melasy.
Dwa ziemniaki, trzy ziemniaki, odrobina melasy – oto skarby tamtego życia. Rzeczy tak małe, że w normalnym domu nikt nie zwróciłby na nie uwagi, a tam mogły oznaczać jeszcze jeden dzień sił.
W maju 1943 roku przyszło jednak nieszczęście, którego nie dało się odsunąć.
Ciężko zachorował brat Stefanii, dziesięcioletni Stanisław. Zabrano go do szpitala. W ciągu kilku dni zmarł. Przyczyną było ukłucie w kolano, które wywołało silny ból i śmiertelne zakażenie.
Tyle wystarczyło i brak właściwej pomocy, by życie dziecka zostało przerwane…
Nie sposób przejść nad tym zdaniem obojętnie. Staś, który razem z matką i siostrą został zabrany z domu w mroźny lutowy poranek. Staś, który jechał bydlęcym wagonem. Staś, który chorował na szkarlatynę i przeżył. Staś, który dotarł aż tam, przeszedł tajgę, głód, baraki i tułaczkę – nie wrócił już do Polski.
W 1943 roku Stefania i jej mama zostały przeniesione w inny rejon. Przez cały tydzień płynęły okrętem po Kamie, potem Wołgą dopłynęły do Saratowa, a stamtąd trafiły do Krasnoarmiejska.
Krasnoarmiejsk był dawną kolonią niemiecką na Powołżu, czyli obszarze wzdłuż Wołgi, od ujścia Kamy ku Morzu Kaspijskiemu, gdzie od czasów carskich osiedlano Niemców. Po napaści III Rzeszy na Związek Sowiecki miejscową ludność niemiecką przesiedlono w odległe, wschodnie i północne rejony ZSRR. Historia raz jeszcze pokazywała swoje bezlitosne koło: jednych przesiedlano, by na ich miejsce trafili inni, także wyrwani ze swoich domów.
Mama Stefanii pracowała w MTS, czyli Bazie Traktorowo-Maszynowej, przy transporcie paliwa do sowchozu. Stefania znalazła dorywczą pracę u rodziny kapitana Armii Czerwonej. Był inwalidą wojennym i szkolił młodych czołgistów. Dziewczynka pomagała jego żonie w pracach domowych.
Małżeństwo było bezdzietne i miało krowę. Żona kapitana ubierała Stefanię w ciepłą chustę oraz kufajkę i wysyłała ją na bazar, aby sprzedawała nadmiar mleka. Dzięki tej rodzinie, a szczególnie dzięki kapitanowi, dola Stefanii i jej mamy wyraźnie się poprawiła.
W tej wielkiej, ciemnej historii znów pojawia się człowiek, który pomaga. Najpierw w szpitalu był lekarz – rosyjski Żyd polskiego pochodzenia. Teraz kapitan i jego żona. Nie odmienili całego świata, ale sprawili, że Maria i Stefania mogły przetrwać. Czasem dobro w historii jest ciepłą chustą, kufajką, pracą przy domu, możliwością sprzedania mleka, wpisem w dokumencie.
Właśnie ten wpis miał okazać się bezcenny!
W marcu 1946 roku Maria otrzymała oficjalne zawiadomienie z urzędu, że jako Polka może wracać do ojczyzny. Ale na dokumencie nie wpisano jej córki Stefanii. Po tylu latach cierpienia mogło się więc okazać, że matka i córka zostaną rozdzielone albo że powrót znów stanie się niemożliwy. Wtedy pomógł kapitan. Bardzo szybko załatwił odpowiedni wpis w dokumentach.
I tak 25 marca 1946 roku Maria i Stefania wyjechały z Krasnoarmiejska pociągiem towarowym. Droga prowadziła przez Stalingrad i Moskwę aż do Medyki koło Przemyśla. Tam, 15 kwietnia 1946 roku, przekroczyły granicę polsko-radziecką.
Po ponad sześciu latach wracały do Polski.
Ale czy naprawdę wracały?
Ich dawny dom został daleko. Rodzinne Podole nie czekało już na nie tak, jak zostawiły je w 1940 roku. Powrót do ojczyzny nie oznaczał powrotu do własnego progu. To był jeden z najboleśniejszych paradoksów tamtych losów: człowiek wracał do Polski, lecz nie mógł wrócić do domu.
Pociąg z repatriantami skierowano na Ziemie Odzyskane. W Niedzielę Wielkanocną, 21 kwietnia 1946 roku, zatrzymał się na bocznych torach w Stargardzie Szczecińskim.
W oddali widać było wieżę kościoła.
Gdy tylko ludzie z transportu mogli oddalić się od pociągu, swoje pierwsze kroki skierowali właśnie tam, do świątyni. Miejscowi mijani na ulicach oglądali się za nimi. W kufajkach, chustach i walonkach musieli wyglądać osobliwie, jak ludzie z innego świata.
Szli do kościoła, by podziękować Bogu za cudowne ocalenie i szczęśliwy powrót do ojczyzny, choć dobrze wiedzieli, że nie wracają do dawnych domów ani do wszystkich bliskich.
Trudno opisać, co musieli czuć. Po ponad sześciu latach wejść znów do kościoła. Usłyszeć polską mowę. Zanurzyć palce w święconej wodzie. Poczuć tę szczególną aurę żyjącej świątyni, której tak długo byli pozbawieni. Uklęknąć przed Najświętszym Sakramentem.
Odmówić modlitwę przed Ukrzyżowanym. Spojrzeć na obraz Matki Bożej i powierzyć Jej swój dalszy, niepewny los słowami:
„Pod Twoją obronę…”
Pełnię tego wzruszenia może zrozumieć tylko ktoś, komu przez długie lata zabraniano praktyk religijnych albo je uniemożliwiano. Kto żył w trudzie, znoju i beznadziei, licząc już tylko na łaskę Boga. Kto stracił dom, dziecko, zdrowie, młodość, a mimo to doszedł do chwili, w której mógł uklęknąć i powiedzieć: przetrwaliśmy.
A kiedy wyszły z kościoła….
Tu zatrzymam dzisiejszy list.
Zostawmy Marię i Stefanię na chwilę przed kościołem w Stargardzie Szczecińskim, w wielkanocnym świetle 1946 roku. Mają za sobą Syberię, tajgę, śmierć Stasia, głód i tułaczkę.
Przed sobą drogę ku nowemu miejscu, które nie było utraconym domem, ale miało stać się początkiem dalszego życia.
W następnym liście domkniemy ten wątek. Zobaczymy, dokąd poprowadziły je powojenne tory, czy rodzinie udało się odnaleźć siebie nawzajem i jak ta kresowa, syberyjska opowieść związała się ostatecznie z mieściską ziemią.

