LISTY Z TECZKI #12

Zapraszamy serdecznie do odsłuchania i lektury Listów z teczki Czesi

 

Drogi Przyjacielu,

 

obiecałam Ci, że w kolejnym liście oddamy głos sztuce. Po bolesnej wędrówce rodziny Szkolnickich, po rozstaniach i odnalezieniu, po pamięci, przy której trzeba było na chwilę zamilknąć, otwieram dziś inną teczkę z mojej złotej skrzyni dziejów.

 

Są w niej fotografie. Dawne przedstawienia. Twarze mieszkańców Mieściska, którzy na czas spektaklu stawali się kimś innym. Patrzę na te pamiątki i myślę, jak wiele potrafi pomieścić niewielka scena. Czyjeś onieśmielenie. Czyjąś odwagę. Radość, że udało się zapamiętać rolę, że publiczność słucha, że śmieje się właśnie tam, gdzie śmiać się miała.
Bo Mieścisko, Przyjacielu, miało swój teatr!

 

Chciałam opowiedzieć Ci o przedstawieniach z przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. To fotografie z tamtych lat skłoniły mnie do zajrzenia w teatralną przeszłość naszej miejscowości. Ale kiedy zaczęłam układać tę opowieść, okazało się, że trzeba cofnąć się znacznie dalej. Zanim bowiem na scenę wyszli ci, których wielu mieszkańców mogło jeszcze pamiętać, występowali na niej ludzie z wcześniejszych pokoleń.
Przenieśmy się więc do roku 1900.

 

Z tamtego czasu zachowała się fotografia opisana słowami: „Mieszkańcy Mieściska w sztuce »Ogniem i mieczem«”. Już sam ten podpis każe przystanąć. Sienkiewicz w Mieścisku. Sąsiedzi w rolach bohaterów znanych z książki. Opowieść, którą można było czytać, nagle otrzymywała twarze ludzi spotykanych na co dzień.

 

Wśród występujących była Teresa Pijanowska z domu Kwapiszewska. W przedstawieniach zazwyczaj powierzano jej główne role. Obok niej w zapiskach pojawiają się Stanisław Widziński, Walenty Wesołowski, Władysław Napieczyński, Maria Kwapiszewska z domu Knopińska i Waleria Widzińska, również z domu Knopińska. Zachowało się także nazwisko Kubisz-Kantel.
Wymieniam tych ludzi, bo łatwo powiedzieć: działał teatr amatorski. Znacznie trudniej zobaczyć za tym zdaniem konkretnego człowieka, który miał swoje zajęcia, swój dom, swoje troski, a jednak znajdował czas, żeby nauczyć się roli i wystąpić przed innymi. Nazwisko pomaga mu wrócić do opowieści.

 

Zagłobę grał Teofil Knopiński. Na pamiątkowym zdjęciu go nie ma, ponieważ wyjechał. I zobacz, Przyjacielu, jaki to drobiazg, a jak wiele znaczy. Gdyby pozostała sama fotografia, moglibyśmy o nim nie wiedzieć. Ocalił go dopisek. Kilka słów przechowanych obok obrazu.
Nie słyszymy już głosów tamtych aktorów. Nie wiemy, jak Teofil Knopiński wypowiadał kwestie Zagłoby ani jak Teresa Pijanowska radziła sobie ze sceniczną tremą. Możemy sobie to wyobrażać, pamiętając, gdzie kończy się zapis, a zaczyna nasza ciekawość. Wiemy natomiast, że już w 1900 roku mieszkańcy Mieściska grali „Ogniem i mieczem”. To wystarczy, by teatralnej tradycji naszej miejscowości szukać co najmniej tak daleko.

 

A był to czas, kiedy polskie słowo miało tutaj szczególną wagę.

 

W 1901 roku, a potem w latach 1906–1907, mieściskie dzieci uczestniczyły w strajkach szkolnych w obronie języka polskiego. Podobnie działo się w innych szkołach Wielkopolski. Pomyśl: dziecko, które powinno po prostu uczyć się i poznawać świat, musiało upominać się o prawo do własnej mowy.

 

Kiedy więc wracam myślą do tamtych przedstawień, słyszę w nich także tę potrzebę. Żeby polszczyzna brzmiała. Żeby można było opowiadać nią historie, wzruszać się, żartować, rozpoznawać w niej swój świat. Na scenie słowo nabierało głosu, a po drugiej stronie siedzieli ludzie, którzy chcieli go słuchać.

 

Przenieśmy się teraz na Rynek, pod numer dziewiąty. Tam znajdowała się sala pana Stanisława Pohla , miejsce związane z Mieściskim Towarzystwem Młodzieży Katolickiej, powstałym w 1913 roku. Towarzystwo było poprzednikiem Stowarzyszenia Młodzieży Polskiej, a jego pierwszym prezesem został właśnie Stanisław Pohl. O wystrój sali troszczył się właściciel.

 

Grano wtedy między innymi niewielkie utwory sceniczne, nazywane „dramacikami”. Ładne to stare słowo. Jest w nim coś skromnego, niemal domowego, choć uczucia, jakie te przedstawienia wywoływały, bywały całkiem wielkie. W repertuarze pojawiały się „Irena – o poświęceniu córki dla ojca” oraz „Surdut i siermięga”. Jedne spektakle wyciskały łzy z oczu, inne bawiły do łez.

 

Spróbujmy na chwilę wyobrazić sobie taki wieczór. Ktoś na widowni rozpoznaje znajomą twarz. Przed chwilą był to sąsiad, a teraz trzeba uwierzyć w jego sceniczną historię. Początkowo może jeszcze ciekawi kostium, sposób poruszania się, odmieniony głos. Potem przychodzi chwila, kiedy człowiek przestaje się przyglądać znajomemu, a zaczyna przejmować się losem bohatera.

 

W tym jest przecież cała osobliwość teatru. Wiemy, że to przedstawienie, a jednak serce daje się przekonać.

 

I nie kończyło się na oklaskach! Po spektaklu rozpoczynała się zabawa taneczna, która nieraz trwała do samego rana. Kto przed chwilą ocierał łzy, mógł za chwilę ruszyć do tańca. Jakże daleko było stamtąd do chłodnej powagi, z którą czasem myślimy o dawnych fotografiach.

 

Na zdjęciu ludzie zastygają. W życiu chcieli się bawić.

 

Tak się kiedyś w Mieścisku teatrem bawiono, Przyjacielu.

 

Ale wróćmy jeszcze do szkoły, bo i ona ma w tej historii ważne miejsce.

 

Z dniem 1 sierpnia 1919 roku utworzono w Mieścisku dwie szkoły wyznaniowe: katolicką, polską, i ewangelicką, niemiecką. Do pierwszej trafiło trzysta dwadzieścioro polskich dzieci, do drugiej sześćdziesięcioro pięcioro dzieci niemieckich. Formalności związane z podziałem dotychczasowej szkoły bezwyznaniowej załatwił w Poznaniu nauczyciel Bolesław Przyborski, działający z upoważnienia mieszkańców.

 

Za tą urzędową wiadomością kryje się początek ważnego rozdziału. Polska szkoła katolicka stała się głównym ogniskiem kultury i wychowania patriotycznego dla Mieściska oraz okolic. Rocznice i uroczystości dawały sposobność do spotkań, do przypominania historii, do wspólnego przeżywania tego, o czym wcześniej nie zawsze można było swobodnie mówić.

 

Już 27 grudnia 1919 roku wystawiono pierwsze przedstawienie w tym nowym rozdziale szkolnej działalności. A za zebrane pieniądze zakupiono trzydzieści dwie książki do biblioteki szkolnej.

 

Trzydzieści dwie książki.

 

Zatrzymuję się przy tej liczbie z prawdziwą przyjemnością. Przedstawienie dobiegło końca, ale coś po nim zostało. Książki, które można było otwierać jeszcze długo po ostatnim ukłonie. Wyobrażam sobie dziecięce ręce sięgające po nie z półki. Jedna opowieść, zagrana przed publicznością, pozwoliła zaprosić do szkoły następne.

 

Od 11 stycznia 1922 roku, poza zwykłą nauką, organizowano w szkole powszechnej regularne przedstawienia teatralne oraz zajęcia z języka polskiego, historii i geografii dla dorastającej młodzieży. Szkoła stawała się miejscem, do którego przychodziło się również po lekcjach. Była potrzebna także tym, którzy chcieli wiedzieć więcej i uczestniczyć we wspólnym życiu.

 

Jest jeszcze jeden adres, do którego muszę Cię zaprowadzić. Dom Parafialny pod numerem dwudziestym dziewiątym. W latach pięćdziesiątych nazywano go „ochronką”, później salką parafialną. Spotykały się tam bractwa i stowarzyszenia religijne, działały teatrzyki dziecięce i młodzieżowe. Wchodziło się od strony szczytowej budynku, do pomieszczeń, wśród których ważne miejsce zajmowała sala widowiskowa.

 

Sam dom także ma swoją opowieść, starszą niż jego parafialna nazwa.

 

W latach 1905–1906 wybudował go doktor medycyny Georg Burkhard, urodzony w 1876 roku koło Drezna. W zapiskach odnotowano go jako pierwszego mieszkańca miejscowości z naukowym tytułem doktora. Prowadził tu również aptekę domową. W grudniu 1918 roku sprzedał nieruchomość nauczycielowi Marianowi Szłapińskiemu z Rekowa.

 

Cztery lata później, 19 października 1922 roku, całość odkupił ksiądz Konstanty Nowak. Pieniądze na zakup podarował parafii ówczesny dziedzic Gorzewa. W 1932 roku pomieszczenia przebudowano, urządzając dwa pokoje i salkę katechetyczną z małą sceną.
„Małą sceną”. Tyle mówi zapis.

 

A ja zastanawiam się, ile pierwszych występów mogła pomieścić. Ile dzieci po raz pierwszy odważyło się tam powiedzieć coś głośno przed zgromadzonymi ludźmi. Tego nie policzę. W teczce są daty zakupu, nazwiska właścicieli, wiadomość o przebudowie. Trema dziecka, ulga po udanym występie czy duma rodziców rzadko trafiają do takich zapisów. A przecież także należą do dziejów miejsca.

 

Widzisz więc, Przyjacielu, skąd prowadzą drogi ku fotografiom z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Ze szkolnych przedstawień, z sali przy Rynku, z działalności towarzystw, z małej sceny w Domu Parafialnym. Z chęci, by po swoich codziennych zajęciach spotkać się jeszcze z innymi i wspólnie coś przygotować.

 

Na dziś zostawmy otwartą tę nową teczkę. Niech obok nazwisk i dat pozostanie w pamięci także tamten wieczór, kiedy po przedstawieniu zaczynały się tańce. Dawni mieszkańcy mieli przecież prawo do radości, a my mamy powód, żeby również tak ich pamiętać.

 

W następnym liście przyjrzymy się bliżej teatralnym fotografiom z przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Podejdziemy do sceny, ku ludziom, od których zaczęła się moja ciekawość tej historii.

 

Zostań jeszcze, Przyjacielu. W tej opowieści kurtyna dopiero się podnosi.

 

 

Komentarze

Warning: Undefined variable $aria_req in /usr/home/betterandmore/domains/bibliotekamiescisko.pl/public_html/wp-content/themes/codium/comments.php on line 36

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *