LISTY Z TECZKI #8
Zapraszamy serdecznie do odsłuchania i lektury Listów z teczki Czesi
Drogi Przyjacielu,
wracam dziś do Ciebie z ostatnim już listem z tego kręgu legendowych opowieści o wsiach. Nie dlatego, że w mojej teczce dotyczącej legend Gminy Mieścisko zabrakło historii. Przeciwnie, jest ich więcej niż mogłoby się wydawać, gdy patrzy się tylko na spokojne drogi, pola, parki i kościelne wieże. Chcę jednak domknąć tę część naszej wędrówki, aby to, co już sobie opowiedzieliśmy, mogło ułożyć się w całość.
W poprzednich listach prowadziłam Cię śladami kamieni, kaplic, dawnych traktów, parkowych ścieżek, karczem i starych drzew. Dziś jeszcze raz otwieram moją teczkę. Są w niej opowieści zapisane z przekazów mieszkańców, których nie ma już wśród nas. Kiedy je opowiadali, słuchałam chętnie i uważnie, a potem skrzętnie notowałam, bo czułam, że wraz z ich głosem można ocalić coś więcej niż samą fabułę. Można ocalić sposób patrzenia na miejsce.
Miejsca z legendą w tle odkrywałam dla Ciebie powoli. Mam nadzieję, że kiedy przeczytasz te historie, nie zapytasz już tylko, gdzie ich szukać. One nie zawsze stoją przed nami jak pomnik. Czasem ukrywają się w nazwie dawnego zajazdu, w śladzie po cegielni, w cieniu pałacowego parku albo na drodze, którą nocą wracał rolnik z Mieściska.
Trzeba tylko zatrzymać krok i pozwolić, by zwyczajne miejsce przemówiło nieco ciszej niż kronika, ale może właśnie dlatego bardziej po ludzku.
Zając z pałacowego ogrodu w Jaworówku
Zacznijmy od Jaworówka. Tam opowieść prowadzi nas do świata, którego zewnętrzne ślady jeszcze można sobie wyobrazić: do pałacu, ogrodu, zabudowań majątkowych, stawów i stadniny koni. Ostatnim właścicielem wsi, aż do końca II wojny światowej, był Otto Gohlke.
Wraz z rodziną uczęszczał do kościoła w Gołaszewie; tam zawierano małżeństwa i tam chrzczono kolejne pokolenia.
Majątek musiał robić wielkie wrażenie. Obok pałacu znajdowały się mieszkania dla służby, czworaki i dwojaki, a w pobliżu trzy stawy. Za pałacem działała stadnina koni. Sam pałac i ogród utrzymywano z wielką starannością. Przed budynkiem rosły piękne, kolorowe bzy, a dalej rozciągały się klomby, kwiatowe dywany, drzewa owocowe i krzewy sprowadzane specjalnie do tego miejsca. Nietrudno sobie wyobrazić, jak wiosną musiało tam pachnieć.
W majątku pracowało wielu mieszkańców wsi. Inni znajdowali zatrudnienie w cegielni. Wypalano tam cegły, na których odciskano napisy poświadczające nazwiska właścicieli. Z takiej cegły wymurowano między innymi budynek Sądu Rejonowego w Wągrowcu
oraz kościół w Łeknie. Widzisz więc, Przyjacielu, jak historia jednej wsi potrafi rozproszyć się po okolicy i trwać w murach, po których może codziennie przesuwają się czyjeś dłonie, choć nie każdy wie, skąd wzięła się cegła.
Otto Gohlke miał dwóch synów i córkę. Najstarszy syn, Hans, tuż po wyzwoleniu i wejściu Rosjan odebrał sobie życie na pałacowym strychu. Od tego momentu opowieść historyczna zaczyna przechodzić w legendę. Mówiono bowiem, że po śmierci Hansa w ogrodzie pojawił się zając. Nie był to jednak zwyczajny zając, jakich wiele widuje się na polach. Kiedy ktoś próbował go gonić, zwierzę znikało albo przeskakiwało przez dwumetrowe ogrodzenie pałacowe, jakby nie obowiązywały go prawa zwykłego świata.
Pojawiał się często obok parku. Potrafił biec za przejeżdżającym zaprzęgiem albo rowerem, nagle towarzyszyć człowiekowi przez chwilę drogi, a potem przepaść bez śladu. Najdziwniejsze zdarzenie miało nastąpić wtedy, gdy z pałacu wywożono meble drabiniastym wozem. Gdy zaprzęg przejeżdżał obok miejsca pochówku Hansa w ogrodzie, konie nagle stanęły i nie chciały dalej ciągnąć wozu. Dopiero jeden z mieszkańców podszedł do nich spokojnie, pogłaskał je, ujął lejce i wtedy ruszyły.
Czy był to lęk zwierząt, ciężar ludzkiej pamięci, czy tylko przypadek, który opowieść zamieniła w znak? Tego nie rozstrzygniemy. Ale legenda nie zawsze prosi nas o rozstrzygnięcie. Czasem prosi jedynie, byśmy zauważyli, że po wielkich przemianach, po utracie dawnego świata i po ludzkiej tragedii zostaje niepokój. A ten niepokój szuka postaci. W Jaworówku przybrał postać zająca przebiegającego obok pałacowego parku.
Jopówka przy Trakcie Królewskim
Z Jaworówka droga sama prowadzi ku Gołaszewu. Tam, przy Trakcie Królewskim biegnącym z zachodu, od strony Janowca, na rozwidleniu dróg przy Jaworówku w stronę Gniezna i Poznania, znajdowała się niegdyś tak zwana Jopówka. Stare przekazy mówią, że był to zajazd, miejsce odpoczynku dla podróżnych, naprawy powozów, podkuwania koni i ich zamiany na dalszą drogę.
Dziś zostały tam już tylko nieliczne ślady dawnych zabudowań. Ale jeśli przystaniesz przy takim miejscu w wyobraźni, łatwo usłyszysz turkot kół, parskanie koni, skrzypienie uprzęży i głosy ludzi, którzy po długiej podróży szukali ciepła, posiłku i bezpiecznego kąta. Dawne zajazdy były przecież nie tylko punktami na mapie, lecz małymi światami na rozstajach dróg. Tu wymieniano wiadomości, pytano o dalszą drogę i ostrzegano podróżnych przed niebezpieczeństwem, a czasem także ukrywano to, czego lepiej było nie mówić głośno.
Legenda o Gołaszewie splata się z pamięcią roku 1848. Wtedy przez Wielkopolskę przeszło powstańcze poruszenie, a kosynierzy, choć często słabo uzbrojeni, nieśli w sobie wielką wolę walki. Podobną, bolesną historię przypomniał pan Jerzy Paluch w książce „Powiat Wągrowiecki w prasie polskiej urzędowej lat 1802-1918”. Przytoczył opis z numeru 125 „Gazety Wielkiego Księstwa Poznańskiego” z 31 maja 1848 roku, mówiący o gościnnym mieszkańcu Miłosławic, którego wojsko pruskie zamęczyło za to, że za darmo częstował kosynierów posiłkiem i wódką.
W takich opowieściach gościnność przestaje być tylko piękną cechą charakteru. Staje się odwagą. Kto podał chleb, kto napoił spragnionego, kto dał chwilę schronienia, ten mógł narazić się tym, którzy widzieli w powstańcach wrogów. Dlatego stare zajazdy i rozstaje dróg warto czytać ostrożnie. Mogły być miejscem odpoczynku, ale mogły też być sceną dramatu, którego echo przetrwało w lokalnej pamięci dłużej niż niejeden urzędowy zapis.
Gdy nocą idą kosynierzy
Skoro już wspomnieliśmy rok 1848, nie sposób ominąć kolejnej opowieści. Między Podlesiem Kościelnym a Mieściskiem miało polec kilku powstańców. Od tamtej pory, jak głosi przekaz, ich duchy widywano wielokrotnie. Nie przychodziły z hałasem. Nie straszyły dla zabawy. Pojawiały się raczej jak pochód pamięci, który nie potrafił znaleźć spoczynku.
Pewnego razu zobaczył je rolnik wracający późną nocą z Mieściska do domu. Droga była pusta, noc głęboka, a on ujrzał postacie, które wyglądały jak żywi ludzie. Pomyślał więc zwyczajnie, po gospodarsku: może trzeba im pomóc, może podwieźć ich kawałek na wozie. Gdy jednak odezwał się do nich choć jednym słowem, postaci natychmiast zniknęły. W tej samej chwili konie zerwały się i zaczęły pędzić tak gwałtownie, że rolnik ledwie mógł je utrzymać. Dopiero wtedy zrozumiał, że nie spotkał ludzi, lecz duchy.
Innym razem pewien mężczyzna z Podlesia Kościelnego wyszedł na nocny spacer. Nagle zobaczył kilku mężczyzn uzbrojonych w kosy, widły, grabie i inne narzędzia. Szli w tym samym kierunku co on, lecz po drugiej stronie drogi. I tu znów powtórzył się ten sam odruch: człowiek zobaczył człowieka, więc chciał się odezwać. Wypowiedział słowo, a wtedy tajemniczy kosynierzy zniknęli.
Jest w tych dwóch scenach coś przejmującego. Powstańcy idą nocą, ale nie możnaich zatrzymać. Można ich zobaczyć, lecz nie można wejść z nimi w rozmowę. Jakby należeli już do innego porządku, a jednak wciąż wracali na tę samą drogę, między Podlesiem Kościelnym a Mieściskiem. Może dlatego, że tam właśnie została ich niedokończona historia. A może dlatego, że ludzie potrzebowali pamiętać, iż wolność nie była słowem z książki, lecz czyimś marszem, strachem, poświęceniem i śmiercią.
I tak, Drogi Przyjacielu, domyka się nasz krąg opowieści o wsiach. Był w nim zły dziedzic przemieniony w zająca, była karczma, z której nie każdy wędrowiec wyruszał dalej, był skarb ukryty w Podlesiu i dąb, który wyrósł tam, gdzie zniknął zamek. Była tajemnica Popowa Kościelnego, a dziś dołączyły do nich: pałacowy zając z Jaworówka, Jopówka przy królewskim trakcie i nocni kosynierzy idący drogą między Podlesiem a Mieściskiem.
Nie chcę, by te historie zabrzmiały jak katalog osobliwości. Wolę myśleć o nich jak o małych lampkach zapalonych nad mapą naszej gminy. Każda świeci w innym miejscu i innym światłem. Jedna przypomina o winie i karze, druga o gościnności, trzecia o strachu, czwarta o odwadze, piąta o tym, że śmierć i pamięć potrafią długo chodzić tą samą drogą.
Na dziś odłóżmy więc teczkę z legendami wsi. Zamykamy ten wątek, ale nie zamykamy opowieści. Bo skoro miejsca nauczyły nas słuchać, trudno będzie przejść obok nich obojętnie. Zostań zatem jeszcze w kręgu pamięci. Poczekaj na kolejny list, już z innej karty, lecz wciąż z tej samej ziemi, która raz mówi przez dokument, raz przez bajkę, raz przez legendę, a czasem przez ciszę po kimś, kto odszedł, lecz zostawił nam swój głos.
Do następnej opowieści, Przyjacielu. Niech prowadzi nas dalej ta sama ciekawość, dzięki której dawne wsie, drogi i parki nie są tylko punktami na mapie, lecz żywym kręgiem pamięci.
