LISTY Z TECZKI #5
Zapraszamy serdecznie do odsłuchania i lektury Listów z teczki Czesi
Drogi Przyjacielu,
zostań jeszcze chwilę. Nie odchodź zbyt prędko od tych opowieści, bo one — jak ścieżki między polami — istnieją dopóty, dopóki ktoś nimi idzie. Żadna historia nie trwa sama z siebie. Potrzebuje głosu, który ją wypowie, ucha, które zechce słuchać, i serca, które nie uzna jej od razu za rzecz nieważną.
Dziś chcę Ci opowiedzieć o andronach.
Może uśmiechniesz się na to słowo, bo brzmi lekko, a może nawet trochę psotnie. Androny to przecież potocznie bzdury, brednie, banialuki, zwidy i niedorzeczne historie. Mówimy czasem, że ktoś „plecie androny”, gdy opowiada rzeczy nie do wiary. Ale czy wszystkie opowieści, którym trudno uwierzyć, są od razu bez wartości? Czy dawne lęki, przeczucia i bajania nie mówią czasem więcej o ludziach niż najporządniej spisane dokumenty?
Jan Brzechwa napisał kiedyś:
„Pan Marcin plecie androny,
Z czego plecie? A no z łyka.
Taki andron upleciony
Jest podobny do koszyka”.
I może właśnie tak trzeba na nie patrzeć: jak na koszyki uplecione z ludzkiej pamięci. Czasem krzywe, czasem przesadzone, czasem pełne dziur, ale przecież niosące w sobie coś, co komuś było potrzebne.
W Mieścisku takich opowieści było wiele. Przekazywała je między innymi Joanna Prus, zwana babcią Pruską, mieszkanka domu przy ulicy Gnieźnieńskiej 72. Była kobietą pracowitą i pogodną. Nawet mając osiemdziesiąt lat, chodziła jeszcze do pracy przy plewieniu chwastów i zbiorze ziemniaków. Ludzie pamiętali ją nie tylko dlatego, że była dzielna i zaradna, ale także dlatego, że nosiła w sobie cały świat dawnych wierzeń. Wiedziała o wróżbach, wiedźmach, strzygach i zmorach tyle, ile dziś trudno byłoby znaleźć w niejednej książce.
Zatrzymajmy się zatem, proponuję, przy zmorze. Czym była zmora?
Według dawnych wierzeń miała to być osoba źle ochrzczona, najczęściej kobieta. Nocą zmieniała się w ptaka, kota albo mysz. Przez uchylone drzwi lub niedomknięte okno wślizgiwała się do sypialni, podchodziła do śpiących i odbierała im siły, a czasem — jak mawiano — ssała krew. Strzyga zaś rodziła się z zębami, choć niewidocznymi, i miała dwie dusze, z których tylko jedna została ochrzczona. Brzmi to dziś jak opowieść z mroku, ale dawniej mrok miał większą władzę nad ludźmi. Nie wszystko dawało się wyjaśnić, nie każdą chorobę rozumiano, nie każdy nocny lęk miał nazwę. Więc nadawano mu postać.
Babcia Pruska opowiadała historię o pewnej gospodyni z ulicy Gnieźnieńskiej. Była to kobieta pomocna, dobra dla lokatorów, ale miała sąsiadkę chudą, pyskatą i nieprzyjemną. Ludzie szeptali, że może być strzygą. Jak to między sąsiadkami bywa, dochodziło między nimi do kłótni, ostrych słów i złorzeczeń. A wiadomo, że w dawnych opowieściach złe słowo nigdy nie rozpływa się od razu w powietrzu. Ono gdzieś zostaje. Czeka.
Pewnej nocy gospodynię obudziło rżenie koni. Zerwała się niespokojnie, ale nie mogła złapać tchu. Poczuła straszny ciężar na piersiach, jakby coś ją przygniatało. Spojrzała i zobaczyła jabłko. Leżało na niej, dusiło ją i nie pozwalało się poruszyć.
Od razu pomyślała o sąsiadce.
Chwyciła więc owoc, chcąc podać go mężowi jako dowód. Lecz jabłko jak żywe wyrwało się z jej rąk i zaczęło uciekać ku drzwiom. Gospodyni była jednak przezorna. Zanim zniknęło, zdołała odgryźć z niego mały kęs. Nazajutrz, gdy kobiety spotkały się przy studni, sąsiadka miała na czole wygryzioną skórę.
Takie to były androny, Przyjacielu. Straszne i śmieszne zarazem. Nie do uwierzenia, przynajmniej dla nas, dziś, a jednak opowiadane i przyjmowane onegdaj z powagą. Może dlatego, że w każdej takiej historii kryje się coś jeszcze: lęk przed złym sąsiadem, nieufność wobec tego, kto inny, podejrzany, złośliwy; potrzeba, by niewidzialne zło wreszcie zostawiło po sobie widzialny ślad.
Ale nie tylko strach mieszkał w mieściskich opowieściach. Były też bajki, a bajka — jak wiesz — rządzi się innym prawem. Ona może zmyślać, ile chce, ale zwykle po to, by powiedzieć prawdę. Już Ezop w VI wieku przed naszą erą układał bajki zwierzęce, w których lisy, kruki i wilki mówiły o ludzkich sprawach więcej niż niejeden dorosły człowiek.
W Mieścisku bajki opowiadała między innymi Marianna Pańczkowska, urodzona w 1894 roku. Mieszkała przy ulicy Poznańskiej, tej, którą dziś znamy jako Wągrowiecką. Latem siadała na ławeczce przed domem, a dzieci schodziły się do niej, bo wiedziały, że zaraz otworzy się przed nimi inny świat. Pani Marianna pamiętała bajki od swojej mamy i babci, a więc niosła dalej to, co sama kiedyś otrzymała.
Jedna z tych historii opowiadała o Małgosi.
Małgosia mieszkała w Mieścisku razem z rodzicami. Było im skromnie, ale dobrze, dopóki żyła matka. Po jej śmierci ojciec ożenił się powtórnie. Nowa żona przyszła do domu z własną córką, a od tej pory życie Małgosi stawało się coraz trudniejsze. Macocha nie miała dla niej czułości. Przyrodnia siostra również była niedobra. Dziewczynkę obarczano najcięższymi pracami, a każde potknięcie wypominano jej z surowością.
Kiedy ojca nie było w domu, macocha posunęła się jeszcze dalej. Wypędziła Małgosię.
Dziewczynka szła długo. Przez pola, łąki i lasy, nie wiedząc, dokąd prowadzi ją droga. Była zmęczona, głodna i smutna. W końcu usiadła na kamieniu przy starej studni. Studnia była zapomniana, porośnięta mchem i chwastami. Nikt już do niej nie zaglądał, nikt nie czyścił jej cembrowiny, nikt nie dbał o to miejsce.
I wtedy Małgosia usłyszała głos.
— Stara już jestem — powiedziała studnia — obrośnięta mchem i chwastem, nikt już o mnie nie dba…
A dziewczynka podniosła głowę.
Nie wiedziała jeszcze, czy powinna się bać, czy słuchać dalej. Bo czasem, Przyjacielu, właśnie wtedy, gdy człowiek zostaje sam na drodze, zaczynają przemawiać rzeczy, które dla innych od dawna były nieme.
Co odpowiedziała Małgosia starej studni i dokąd zaprowadzi ją ta przedziwna rozmowa — zostawię na następny list.
Niech ta opowieść jeszcze przez chwilę zostanie zawieszona w pół słowa, jak wiadro ze studni nad ciemną wodą …
Posłuchaj:
