LISTY Z TECZKI #11

Zapraszamy serdecznie do odsłuchania i lektury Listów z teczki Czesi

 

Drogi Przyjacielu,

 

w dwóch poprzednich listach szliśmy za rodziną Szkolnickich drogą bolesną i długą. Najpierw z Podola, z Kościuszkówki w powiecie czortkowskim, gdzie mała Stefania miała jeszcze swój dom, szkolną torbę, rodziców, brata i dziecięce wyobrażenie zwyczajnego świata. Potem przez mroźny poranek 10 lutego 1940 roku, przez sanie, bagnety, bydlęce wagony, szpital zakaźny, tajgę, baraki, głód, katorżniczą pracę i śmierć Stasia.

 

Ostatnio zostawiliśmy Marię i Stefanię w Niedzielę Wielkanocną 1946 roku, w Stargardzie Szczecińskim. Pociąg repatriantów stał na bocznych torach, a one, ubrane jeszcze po syberyjsku, w kufajki, chusty i walonki, poszły do kościoła. Po ponad sześciu latach mogły znów uklęknąć w świątyni, zanurzyć palce w święconej wodzie, pomodlić się po polsku i powierzyć Bogu dalszy los.

 

A kiedy wyszły z kościoła…

 

Tu właśnie trzeba cofnąć się nieco w czasie, Przyjacielu. Bo gdy Maria i Stefania odbywały swoją drogę powrotną z Krasnoarmiejska przez Stalingrad, Moskwę i Medykę, ktoś inny także próbował odnaleźć drogę do nich.
Jan Szkolnicki, mąż Marii i ojciec Stefanii, po wyzwoleniu wrócił z Niemiec do Polski.

 

Przypomnijmy: sześć lat przeżył z dala od najbliższych. Był jeńcem, pracował u niemieckiego obszarnika w Altengrabow, spał między końmi, chorował, głodował, ratował się tym, co znalazł na polu. Kiedy wreszcie wrócił, zamieszkał w Jaroszewie, w powiecie wągrowieckim, gdzie przebywało jego rodzeństwo.

 

Ale powrót do Polski nie był jeszcze powrotem do rodziny.

 

Jan nie wiedział, co stało się z Marią. Nie wiedział, gdzie jest Stefania. Nie wiedział nawet, czy ktokolwiek z jego najbliższych przetrwał sowieckie deportacje. Można sobie wyobrazić tę ciszę po powrocie: człowiek ocalony, a jednak bez odpowiedzi. Są tylko pytania, które wracają każdego ranka.

 

I wtedy wydarzyło się coś, co w tej historii brzmi niemal jak scena filmowa.

 

Z tego samego transportu, którym wracały Maria i Stefania, wcześniej wysiadła pewna repatriantka. Mieszkała kiedyś w Krasnoarmiejsku i dobrze znała mamę Stefanii. Los sprawił, że w Jaroszewie spotkała rodzinę Szkolnickich. Spotkała także Jana.

 

Przekazała mu wiadomość, która musiała uderzyć w niego jak dzwon:

 

Maria ze Stenią jadą transportem kolejowym w kierunku Stargardu Szczecińskiego.

 

Żyją.

 

Są w Polsce.

 

Są gdzieś na trasie.

 

Od tej chwili nie było już miejsca na wahanie. Jan wraz ze swoim bratem Franciszkiem natychmiast ruszyli w drogę. Wsiedli do najbliższego pociągu, by dogonić transport repatriantów.

 

I zaczęła się pogoń.

 

Nie taka, jaką znamy z wojennych opowieści o kawalerii, frontach i rozkazach. To była pogoń ojca za rodziną. Męża za żoną. Człowieka, który przez sześć lat nie wiedział, czy ma jeszcze do kogo wracać.

 

Stacja za stacją.

 

Miasto za miastem.

 

Pociąg za pociągiem.

 

Jan i Franciszek wysiadali, pytali, sprawdzali, biegli do kolejnych ludzi, do zawiadowców, do przypadkowych podróżnych. Gdzie transport? Czy był tu eszelon z repatriantami? Czy jechały kobiety z Kresów? Czy zatrzymywał się pociąg w kierunku Stargardu?
Czasem byli już blisko. Tak blisko, że mogło się wydawać: jeszcze chwila, jeszcze jeden peron, jeszcze jeden rozjazd, i zobaczą Marię, zobaczą Stefanię.

 

Ale wtedy transport ruszał dalej.

 

Znowu odjechał.

 

Znowu trzeba było szukać następnego połączenia.

 

Znowu wsiadać.

 

Znowu jechać.

 

Wyobraź sobie, Przyjacielu, ten niepokój. Pociągi powojenne, nieregularne, przepełnione, pełne ludzi, którzy wracali, szukali, uciekali, zaczynali od nowa. Perony pełne walizek, tobołków, płaczu, nawoływań i zmęczenia. A pośród tego Jan, który nie może się zatrzymać, bo każda godzina może oddalić go od rodziny.

 

Nie wiedział przecież, dokąd ostatecznie skierują transport. Nie wiedział, czy Maria i Stefania wysiądą wcześniej. Nie wiedział, czy ktoś przeniesie je do innego pociągu. Nie wiedział, czy informacja, którą dostał, jest jeszcze aktualna.

 

Ale jechał.

 

Od miasta do miasta.

 

Od stacji do stacji.

 

Za uciekającym śladem.

 

Aż wreszcie bracia dopędzili eszelon stojący na bocznicy w Stargardzie Szczecińskim.

 

Jan był u celu, choć jeszcze o tym nie wiedział. Zaczął rozpytywać ludzi z transportu o rodzinę Szkolnickich. Czy znają Marię? Czy jest tu kobieta z córką Stenią? Czy przyjechały z Krasnoarmiejska? Czy ktoś je widział?

 

Ktoś odpowiedział, że kobiety poszły do kościoła.

 

Bracia natychmiast ruszyli we wskazanym kierunku.

 

I teraz, Przyjacielu, wracamy do miejsca, w którym przerwaliśmy poprzedni list. Do świątyni w Stargardzie. Do wielkanocnego dnia. Do Marii i Stefanii wychodzących po modlitwie z kościoła.

 

Jan doszedł do schodów przed świątynią.

 

I zobaczył je.

 

Żonę.

 

Córkę.

 

Po latach niewiedzy, wojny, głodu, niewoli, zsyłki, chorób, transportów i modlitw wypowiadanych gdzieś w samotności, zobaczył Marię i Stefanię żywe.

 

Trudno opisać tę chwilę. Są momenty, w których słowa okazują się za małe. Musiały być łzy.
Musiało być niedowierzanie. Może najpierw bezruch, ten krótki ułamek sekundy, kiedy oczy widzą, ale serce jeszcze boi się uwierzyć. A potem dopiero krok, drugi krok, wyciągnięte ręce, obejmowanie tak mocne, jakby człowiek chciał nadrobić wszystkie utracone lata.

 

Ja tego wszystkiego nie wiem, ja to sobie wyobrażam, ja to opisuję, jak dyktuje mi w tym wspomnieniu serce.

 

Widzę też, jak radość mieszała się z bólem. Bo odnaleźli siebie, ale nie wszystkich. Staś nie wrócił. Jego miejsce w tej rodzinnej scenie pozostało puste. I zapewne już w pierwszych rozmowach, między pytaniami o drogę, o zdrowie, o przeżycia, musiało paść to najtrudniejsze: co stało się z synem, z bratem, z dzieckiem zabranym tamtego mroźnego poranka?

 

Tak wyglądało ich spotkanie po latach, na schodach kościoła w Stargardzie Szczecińskim, przy bocznicy kolejowej, w powojennej Polsce, która sama dopiero próbowała zrozumieć, czym jest po utracie tak wielu miejsc i ludzi.

 

Jan zabrał żonę i córkę do rodziny w Mieścisku. Zamieszkali u siostry Marii. Tak właśnie ta kresowa, syberyjska historia związała się z mieściską ziemią. Mieścisko stało się dla nich nie tyle prostym końcem wędrówki, ile pierwszym bezpieczniejszym przystankiem po latach rozdarcia.

 

Ojciec pomagał w prowadzeniu gospodarstwa swojemu bratu. Stefania zaczęła kontynuować przerwaną naukę w szkole w Mieścisku. Pomyśl, Przyjacielu, jak niezwykły musiał być ten powrót do szkolnej ławki. Dziewczynka, która w lutym 1940 roku bała się wejść po torbę z książkami, teraz po latach Syberii, głodu i tułaczki znów mogła się uczyć. Ale nie była już tą samą dziewczynką. Dzieciństwo zostało jej zabrane zbyt wcześnie.

 

W styczniu 1947 roku rodzina zamieszkała wspólnie na poniemieckim gospodarstwie w Budziejewku. To był nowy początek. Niełatwy, niepełny, naznaczony stratą, ale własny. Po latach, w których o wszystkim decydowali inni; żołnierze, strażnicy, urzędnicy, komendanci transportów, mogli znów próbować układać życie po swojemu.

 

Dalsze losy Stefanii również nie były wolne od cierpienia.

 

W 1948 roku wyszła za mąż za Franciszka Żołyńskiego, byłego żołnierza I Armii Wojska Polskiego. Franciszek przeszedł długi szlak bojowy: przez Wołyń, Lublin, Warszawę, Wał Pomorski, Kołobrzeg i Berlin, aż do rzeki Łaby. Za waleczność został odznaczony dziewięcioma medalami. Wśród nich wymieniano Srebrny Krzyż Zasługi z Mieczami oraz Order Virtuti Militari. Po wojnie, w latach 1945–1947, służył jeszcze w jednostce wojskowej stacjonującej w Brzegu.

 

Stefania i Franciszek mieli dwoje dzieci: syna i córkę.

 

Wydawać by się mogło, że po tak wielu próbach los powinien wreszcie pozwolić jej odpocząć. Ale historia ludzi ocalałych z wojny rzadko kończy się prostym „żyli długo i szczęśliwie”. Franciszek, po ciężkich doświadczeniach wojennych, zapadł na zdrowiu i zmarł w wieku zaledwie trzydziestu trzech lat.
Stefania została sama z dziećmi.

 

Po śmierci męża nie otrzymała żadnej renty. Cały ciężar wychowania i utrzymania rodziny spadł na jej barki. A jednak szła dalej. Była już przecież zahartowana w najokrutniejszej szkole przetrwania: na Syberii, w tajdze, wśród ludzi, którzy codziennie uczyli się żyć mimo wszystkiego.

 

Nie znaczy to, że było jej łatwo. Nie wolno tak mówić o cudzym cierpieniu. Ale można powiedzieć, że miała w sobie siłę, którą wyrabia nie teoria, lecz życie. Siłę człowieka, który wie, że czasem trzeba wstać, choć nie ma się już na to sił. Nakarmić dzieci. Pracować.

 

Dopilnować domu. Ocalić pamięć. I nie pozwolić, aby ci, którzy nie wrócili, zniknęli po raz drugi, tym razem z opowieści.

 

Dlatego ten list powinien zakończyć się słowami samej Stefanii, której nie ma już wśród nas. To dedykacja dla Ciebie, Czytelniku i Czytelniczko, Słuchaczu i Słuchaczko:

 

„Ku pamięci i dla nieprzemijających wspomnień – oby historia ta nigdy więcej się nie powtórzyła”.

 

I tu, Przyjacielu, domyka się ten wątek. Od Kościuszkówki na Podolu, przez lutowy mróz, bydlęce wagony, Kirionowo, tajgę, śmierć Stasia, Krasnoarmiejsk, powrót przez Medykę, wielkanocny kościół w Stargardzie i odnalezienie na schodach świątyni, aż po Mieścisko i Budziejewko, gdzie życie trzeba było rozpocząć na nowo.

 

Niech ta historia zostanie z nami w ciszy. Nie jako ciężar, ale jako pamięć, która zobowiązuje.

 

A w następnym liście zmienimy ton. Odejmiemy głos od wojennej tułaczki, a oddamy go sztuce. Bo Mieścisko, Przyjacielu, miało nie tylko swoje legendy, swoje strzygi, swoje syberyjskie świadectwa i ludzi zahartowanych przez historię. Miało także scenę, kurtynę, aktorów, publiczność i własny teatr.

 

A tam, gdzie zaczyna się teatr, zaczyna się inny rodzaj opowieści.


* Na potrzeby tego opracowania wykorzystano wspomnienia Sybiraka, Zygmunta Stręczaka

 

 

Komentarze

Warning: Undefined variable $aria_req in /usr/home/betterandmore/domains/bibliotekamiescisko.pl/public_html/wp-content/themes/codium/comments.php on line 36

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *